15 czerwca 2009

Rywale - rozdział 13


Naruto spojrzał zegarek w telefonie – dochodziła czternasta. Jeszcze pół godziny wykładu i zacznie się jego pierwszy od miesiąca trening, a Kakashi zapowiedział, że zrobi sprawdzian kondycji. Naprawdę miał uzasadnione obawy, że jeżeli źle wypadnie, wyrzucą go z podstawowego składu na zawody. Co chwilę zerkał na siedzącego kilka rzędów niżej Sasuke. Ma mu pomagać w treningach, będzie obecny przy tym teście. Sam nie wiedział dlaczego, ale najbardziej nie chciał się zbłaźnić właśnie przed nim. Przełknął nerwowo ślinę i potargał sobie włosy na karku. Miał taki nawyk odkąd pamiętał, zawsze, gdy nie był pewny siebie lub chciał ukryć jakieś emocje, jego ręka lądowała z tyłu głowy. Zwykle jeszcze maskował swój stan wybuchem śmiechu, jednak teraz, z racji miejsca, w jakim się znajdował, takie zachowanie nie byłoby mile widziane.
– Niedługo zostaniesz łysy. – Shikamaru szarpnął go za rękaw bluzy. Rozumiał przyjaciela, wiedział, jak bardzo mu zależy, ale on przypominał w tym momencie jeden wielki kłębek nerwów.
– No co…
– Nic, tylko wyglądasz, jakbyś się zgłaszał. Asuma już kilka razy patrzył na ciebie dziwnie –  stwierdził odrobinę mniej znudzonym tonem niż zwykle.
Naruto uśmiechnął się pod nosem. No tak, zajęcia z taktyk były jedynymi, na których Shikamaru nawet nie musiał udawać, że słucha, bo wykazywał tym szczere zainteresowanie. Uwielbiał takie zadania i umiejętnie wykorzystywał swoją wiedzę w treningach. Nierzadko trenerzy razem z nim analizowali nagrania z zawodów, szukając rozwiązań problemów niektórych zawodników. Ten chłopak miał zmysł taktyczny, jego geniusz umysłowy powalał na kolana ludzi z o wiele większym doświadczeniem. Oczywiście pływanie jako sport rządzi się swoimi własnymi zasadami i jest to wynik umiejętności każdego z osobna, jednak dzięki jego wskazówkom, wielu zawodników poprawiło rezultaty. Naruto zastanawiał się już kilkakrotnie, dlaczego Tsunade uparła się, że to Sasuke ma mu pomagać, ale doszedł do wniosku, że mimo wszystko jednak Uchiha był najlepszy i do jego stylu nie miał uwag nawet Shikamaru.
– Dzisiaj masz trening z tym nadętym bufonem? – zaciekawiony Kiba wychylił się w stronę Naruto.
– Nie, dzisiaj tylko sprawdzą, jak bardzo moja forma spadła przez ten miesiąc –odpowiedział smętnie i znów spojrzał na wyświetlacz komórki. Jeszcze dwadzieścia trzy minuty.
– E tam, dasz radę! – Kiba bezczelnie rozparł się na pulpicie Shikamaru, który siedział pomiędzy nimi.
– Czy ja tobie przypadkiem nie przeszkadzam? – Chłopak wyraził swoją dezaprobatę, zdzierając przyjaciela po głowie i wskazując jego stolik.
– Wiesz, jakby się nad tym lepiej zastanowić, to przeszkadzasz, bo nie możemy pogadać z Naruto – obraził się Kiba.
– Panowie, proszę o spokój – donośny głos Asumy przerwał dyskusję.
Jak na komendę wszystkie głowy odwróciły się w ich stronę, w końcu ten wykładowca mało komu zwracał uwagę. Sasuke spojrzał na Naruto, ale kiedy napotkał jego wzrok, wzruszył ramionami i wrócił do poprzedniej pozycji. Naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego irytuje go fakt, że Naruto tak dobrze dogaduje się z przyjaciółmi. Może po prostu chciał go mieć dla siebie i tylko dla siebie? Westchnął. Dobrze wiedział, że chłopak nie jest typem samotnika i lubi towarzystwo. Poza tym, jeszcze nawet nie był jego. Jeszcze nie…

Dla Naruto minuty ciągnęły się w nieskończoność, ale gdy w końcu Asuma zakończył zajęcia, wyrwał jak z procy, rzucając tylko „cześć” Kibie i Shikamaru. Reszta drużyny miała trening poprzedniego dnia, a on chciał jak najszybciej znaleźć się na basenie i przekonać o swojej kondycji. Popychając wszystkich po drodze, dotarł do drzwi, ale ledwo wybiegł z auli, ktoś chwycił go za pasek torby.
– I gdzie się tak spieszysz?
– Ej, puść! – Obejrzał się zniecierpliwiony. – Spieszę się na… Sasuke…
– Połamane nogi raczej nie pomogą ci w treningu, trochę opanowania – Czarne oczy zlustrowały uważnie sylwetkę chłopaka.
– Łatwo ci mówić – odburknął Naruto, kierując wzrok na twarz rywala. – Jak dzisiaj źle wypadnę, mogą mnie wyrzucić z pierwszego składu.
– Nie wyrzucą. Już ja o to zadbam. – Chwycił Naruto za ramię i pociągnął w stronę pływalni. Jakaś dziewczyna z pierwszego roku obrzuciła go zazdrosnym, a zarazem oburzonym spojrzeniem. – Na co się gapisz? – warknął, zdając sobie sprawę, że nie jest w tym momencie zbyt kulturalny, jednak nie bardzo go to obchodziło. Teraz miał okazję pobyć z tym młotkiem i nie zamierzał tego zmarnować.

Naruto szybko przebrał się w swoje kąpielówki i nie czekając, wybiegł z szatni. O tak, wreszcie może znowu trenować. Pełen zapału rozpoczął tak zwaną rozgrzewkę na sucho. Rozciąganie mięśni ramion, nóg, pleców; skłony, wypady. Nie zauważył nawet, że Sasuke już dawno do niego dołączył, a teraz siedział na słupku startowym, przyglądając się uważnie jego ruchom.
– Dobra, nie przesadzaj – przystopował Naruto, gdy ten po raz któryś z rzędu wykonywał serię ćwiczeń.
– Co? – Chłopak dopiero teraz spostrzegł rywala.
– To ma być rozgrzewka, a nie zawody w forsowaniu mięśni.
– No tak. – Naruto znów bezwiednie potargał włosy na karku, uśmiechając się szeroko.
Sasuke też się uśmiechnął, tyle że sam do siebie i zszedł do wody. Po chwili dołączył do niego  rozanielony rywal. Widać było gołym okiem, jak cieszy się z powrotu do treningów.
– To co, ściągamy się? – zaproponował entuzjastycznie. Zaraz pokaże temu draniowi, kto tu rządzi!
– Nie, nie ścigamy się. Chyba, że chcesz z kolejnym urazem trafić do szpitala. – Sasuke pokręcił głową zrezygnowany. – Kilka długości basenu – powiedział, po chwili łapiąc za kostkę wyrywającego się do przodu Naruto. – Powoli!
– Oj, daj spokój, to tylko trening nie zawody. Rozgrzewka nad basenem wystarczy, zawsze tak robię i nic się nie stało – zaoponował blondyn,  coraz bardziej zniecierpliwiony.
– Nie, nie wystarczy! – Sasuke miał ochotę mu przyłożyć. – Jeżeli ja mam ci pomóc wrócić do formy, to będziesz robił to, co mówię.
– Nie będę wykonywał twoich poleceń! – Na samą myśl, że ma się słuchać bezkrytycznie, Naruto wybuchnął krzykiem.
 – Obawiam się, że będziesz zmuszony!
– Ani mi się śni!
– Jesteś narwańcem, który najpierw robi, potem myśli – Sasuke zaczynał tracić panowanie nad sobą. No co za uparty osioł! Jak on w ogóle mógł się w kimś takim… Hn… Zreflektował się i mruknął coś pod nosem.
– No i dobrze! – Naruto założył ręce na ramiona i odwrócił głowę. To, że ten drań miał mu pomagać, nie znaczy, że mógł się tak rządzić. Co to, to nie.
– Nie, nie dobrze! – Sasuke już miał przedstawić kilka innych argumentów, gdy nad brzegiem basenu pojawił się Kakashi.
– O, widzę dobre zgranie – zarechotał, unosząc nos ze swojej nieodzownej podkładki do notowania. – To jak tam, robaczki?
Sasuke posłał mu wściekłe spojrzenie, a Naruto, obrażony, zaczął krzyczeć.
– Ten drań nie daje mi trenować.
– Ja ci tylko mówię, czego nie powinieneś robić.
– Wcale nie masz racji!
– Mam!
– Obawiam się, Naruto, że Sasuke ma rację. Już kiedyś zwracałem ci na to uwagę, pamiętasz? – stwierdził spokojnie trener, który już od pewnego czasu przysłuchiwał się ich rozmowie, a raczej krzykliwej wymianie zdań.
– Tak – mruknął nadal obrażony chłopak.
Kakashi westchnął. Tsunade ostrzegała, że nie będzie łatwo ich ze sobą zgrać. Musiał jakoś dotrzeć do nich obu.
– Powiedz mi. Zależy ci na tym, by wziąć udział w tych zawodach?
– No jasne! Będę trenował ile trzeba! – wykrzyknął rozentuzjazmowany Naruto.
– Więc rób to, co mówi Sasuke. On ci pomaga, doceń to. – Ruchem głowy wskazał Uchihę.
– Doceniam. – Niebieskie oczy spojrzały w kierunku rywala. Jego mina nic nie wyrażała.
– Więc teraz przygotujcie się, a potem zobaczymy, jak sobie radzisz. – Kakashi puścił do nich oko i odszedł w stronę swojego gabinetu. Miał nadzieję, że to kazanie póki co wystarczy, w końcu Naruto był ambitny. Może nawet czasami zbyt ambitny.
– Cztery długości – stwierdził sucho Sasuke i odpłynął, zostawiając chłopaka samego. Ten po chwili dogonił go, ale pilnował, by nie płynąć nawet odrobinę szybciej. Pierwszy zwrot, drugi, trzeci… W końcu zatrzymali się przy ścianie basenu.
– Sasuke… – usłyszał cichy głos.
– Co?
– No dobra, ostatecznie niech będzie po twojemu – wymamrotał Naruto i schował się pod powierzchnią wody.
Po chwili poczuł jak silne ramiona chwytają go i zmuszają do wynurzenia.
– Po prostu nie rób takich rzeczy. Mam ci pomóc – mruknął Sasuke, nie puszczając jednak Naruto. To była naprawdę ciekawa wersja słowa „przepraszam”.
– Wiem. – Chłopak westchnął i pokiwał głową, wlepiając swoje niebieskie oczy w czarne tęczówki. – Doceniam to, naprawdę… – Odwrócił wzrok, zdając sobie sprawę z tego, w jakiej sytuacji się znajdują. Znów ogarnęło go to przyjemne uczucie, tyle tylko, że tym razem Sasuke był w zasięgu jego rąk. Ba, on go nawet trzymał!
– Sasuke…
– Mm? – Twarz rywala znalazła się nagle bardzo blisko jego własnej.
– Nie zdążyłem ci jeszcze podziękować za to, co zrobiłeś, kiedy byłem chory. – Sam nie wiedział, dlaczego właśnie teraz o tym pomyślał. Chyba po prostu chciał zacząć coś mówić, bo czuł, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.
– Nie ma za co, młotku. – Tym razem nawet to idiotyczne przezwisko nie zabrzmiało obraźliwie.
– Sasuke… – Naruto czuł, że jest mu gorąco, nawet mimo chłodu wody, w jakiej się znajdowali.
– Czy ty nie możesz nawet na chwilę się zamknąć? – Czarne oczy wydawały się jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Naruto zdążył jeszcze tylko pomyśleć, czy to w ogóle jest możliwe, gdy poczuł gorące usta na swoich wargach. Nagle wszystko wywróciło się do góry nogami, a jego ciało zaczęło wariować.  Trwało to dosłownie moment, bo zaraz Uchiha oderwał się od niego, patrząc gdzieś w bok.
– Ktoś idzie – wyszeptał na chwilę przed tym, gdy siwa czupryna pojawiła się nad brzegiem basenu.
– Przygotowani? – zapytał trener. Tym razem w ręku zamiast podkładki miał stoper.
Naruto tylko kiwnął głową, ale serce biło mu z zawrotną szybkością. Widział czy nie widział? Jego mina i słowa nie wskazywały na to, żeby coś zauważył, ale to mogły być tylko pozory. Spojrzał ukradkiem na Sasuke, ale ten ledwo dostrzegalnie pokręcił głową. Więc jednak zdążyli się od siebie odsunąć. Chyba… A jeżeli nie? Nie chciał, żeby ktokolwiek był świadkiem tego pocałunku, to było coś zbyt… zbyt… Nie potrafił określić, jakie to było, ale na pewno powinno zostać tylko między nimi. Wszedł na drabinkę, czując, jak trzęsą mu się ręce.
– Dobra, teraz sprawdzimy w jakiej jesteś formie, Naruto – poinformował Kakashi, stając obok. W drugiej ręce trzymał gwizdek. – Na początek proponuję wyścig. – Wskazał słupki po obu stronach.
Obaj stanęli na wyznaczonych miejscach, ale żaden w tym momencie nie myślał o pływaniu. Na sygnał wskoczyli do wody. Mężczyzna patrzył to na nich, to na stoper i kręcił z niedowierzaniem głową. Kiedy po pokonaniu ostatniej odległości chwycili się drabinek, spojrzał na nich z grymasem na twarzy.
– Uchiha, ty mi powiedz, co to miało być? – spytał swojego najlepszego, przynajmniej do tej pory, zawodnika. – Z takim czasem, to ty się nie kwalifikujesz nigdzie. O Uzumakim już nie wspomnę.
– Taki dzień dzisiaj... – wymamrotał Naruto, nie patrząc na trenera. Sasuke tylko wzruszył ramionami.
– Taki dzień mówisz? Jeszcze raz! I to już!
Kakashi nie odpuszczał, męcząc ich niesamowicie, ale nawet pod koniec treningu nie był zadowolony z rezultatów. W końcu dał spokój, grożąc, że jeżeli nie skończą myśleć o niebieskich migdałach, to wyrzuci ich z pierwszego składu.
– Zrozumiano? – zagrzmiał jeszcze dla podtrzymania efektu.
Obaj pokiwali głowami na znak, że rozumieją.
– Uzumaki do szatni, Uchiha do gabinetu, muszę z tobą omówić rozkład tych treningów.
Sasuke zerknął jeszcze raz na rywala i poszedł za trenerem, ale Naruto, zamiast iść się przebrać, usiadł na słupku. Patrzył na niezmąconą teraz już niczym taflę wody, myśląc o tym, co się wydarzyło. To już drugi raz, kiedy się całowali, nie licząc tego wyskoku w pierwszym dniu semestru. Drugi raz! I za każdym razem było to coś niesamowitego, nie do opisania. Nawet z Sakurą nie czuł czegoś takiego. Cholera – zaklął pod nosem, pogrążając się w rozmyślaniach. Sam nie wiedział, ile czasu spędził nad brzegiem basenu, ale w końcu uznając, że jurto przemyśli wszystko na spokojnie, wrócił do szatni.

Wszedł do pomieszczenia z natryskami, zadowolony, że został sam. Chciał się szybko wykąpać i uciec do domu, ale omal nie wpadł na wychodzącego właśnie spod prysznica Sasuke. Obaj zaskoczeni stali teraz na wprost siebie, z tym, że ten drugi prezentował się w całej okazałości. Nie, nie teraz, tylko nie on, musze się nad tym wszystkim zastanowić – Naruto myślał gorączkowo, nie mogąc jednak oderwać wzroku od wyrzeźbionego ciała. Zrobił to dopiero, kiedy poczuł, że zaczynają palić go policzki.
– Mógłbyś nie paradować tak nago, to miejsce publiczne – wymamrotał, zawstydzony swoją reakcją. Jak ten drań śmiał tak seksownie wyglądać?! Zaraz, czy on pomyślał „seksownie”? Teraz już nie tylko policzki, ale cała twarz zdawała się płonąć czerwienią.
– Nikogo nie było, myślałem, że poszedłeś już do domu – stwierdził Sasuke, dziwnie zadowolony z zaistniałej sytuacji. Widział reakcję na swoje ciało i miał nadzieję, że może to coś uzmysłowi temu młotkowi.
– Z czego się tak cieszysz? – Naruto nie było do śmiechu, zaczynał mieć drobny problem z zachowaniem kontroli.
– Z ciebie. Kto by pomyślał, że mój widok nago wywoła aż takie rumieńce. Miło mi.
– Przestań – burknął zażenowany swoją reakcją Naruto. Musiał stąd wyjść, musiał wyjść jak najszybciej. Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi do szatni, jednak mocny chwyt za ramię pociągnął go z powrotem.
– Dokąd to? Nie chciałeś się przypadkiem wykąpać? – Sasuke podszedł bliżej, całkowicie ignorując fakt, że nadal nic na sobie nie ma.
– Wykąpie się w domu. – Chłopak, mimo że kilka sekund temu chciał stąd uciec, teraz stał jak sparaliżowany. Ten cholerny Uchiha był tak blisko… Stanowczo za blisko!
– Eh, Uzumaki. – Sasuke chwycił ręcznik i owinął się nim w pasie. – Lepiej?
Naruto pokiwał tylko głową, nie będąc jednak  do końca pewny czy faktycznie lepiej. Widok rywala w pełnej okazałości spowodował u niego jakieś dziwne wahania temperatury ciała, co rusz przechodziły go fale gorąca, pomieszane z dreszczami, a sensacje w dolnych częściach brzucha przybrały na sile. Odruchowo przewiesił ręcznik tak, żeby zasłaniał to i owo. Nie mógł przewidzieć, jak zareaguje, gdy ten cholerny geniusz zbliży się do niego jeszcze o krok, a nie chciał być narażony na jego docinki.
– Wiesz, ty naprawdę jesteś młotkiem. – Sasuke stanął na wprost niego, a spojrzenie czarnych oczu przewiercało na wskroś.
– Nie nazywaj mnie tak, do cholery, ty draniu. – Chciał, żeby zabrzmiało stanowczo, ale wyszło jakoś słabo. Już nie pierwszy raz „drań”, będąc tak blisko, odbierał mu całą pewność siebie.
– Powiedz, co ja mam z tobą zrobić? Jesteś najmniej domyślną osobą, jaką znam – westchnął Sasuke.
– Nieprawda!
– Hn… Nieprawda, mówisz? Skoro tak… – Wsunął place między blond kosmyki i przyciągnął Naruto do siebie. – Do zobaczenia jutro – wyszeptał mu prosto w usta, powodując niebezpieczne zawirowania w podbrzuszu, a następnie otarł się całym ciałem, wymijając go. Trzasnęły zamykane drzwi, ale Naruto dalej gapił się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą chłopak stał.
– Niech to szlag – zreflektował się po chwili i rzucając w złości ręcznikiem, wszedł pod natrysk. O tak, zimna woda była w tym momencie czymś, czego potrzebował najbardziej.



12 czerwca 2009

To, czego się nie widzi, istnieje przede wszystkim - 1

Była perspektywa Naruto, przeszedł czas na punkt widzenia Sasuke. W sumie to Sasame kiedyś zmotywowała mnie do pisania tego, więc jej dedykuję notkę.

______________________________________

To, czego się nie widzi, istnieje przede wszystkim

Lepopld Staff

- Sasuke… Zadam jedno pytanie.

- Skoro musisz…

- Dlaczego?

- Co dlaczego?

- Dlaczego tak mnie traktowałeś?

- Jeszcze się nie domyśliłeś?

- Odpowiedz.

- Miałem idealny plan, a ty byłeś rysą na tym planie.

- Rysą…

- Gdyby ciebie nie było, wszystko stałoby się prostsze.

- To dlatego mnie nienawidziłeś?

- Nie wiem, Naruto. Nie wiem nawet, czy ta moja nienawiść była prawdziwa. Byłem owładnięty chęcią zemsty, nie myślałem racjonalnie.

- A teraz?

- Co teraz?

- Czy nadal jestem rysą?

- Sam sobie odpowiedz.

- Nie. Chcę wiedzieć, co myślisz, gdy patrzysz na mnie.

- Myślę… że twoje oczy są takie… niebieskie.

* * *

Ból. Niesamowity ból, przeszywający moją głowę. I ciemność. Czyjś krzyk docierał do mnie jakby z daleka. Nie wiedziałem, kto krzyczy i dlaczego, wiedziałem jedynie, że czaszka zarazmi pęknie. Nie mogłem się poruszyć, nie mogłem nic zrobić, moje ciało było jak sparaliżowane. Kto tak krzyczy? Czy tak może brzmieć ludzki głos, czy to tylko moja wyobraźnia? I dlaczego jest tak ciemno? Dlaczego… Powoli wszystkie myśli zaczęły umykać…

Poruszyłem się nerwowo, moje ciało odpowiedziało bólem. Leżałem na jakimś materacu, dookoła panował nieprzenikniony mrok. Próbowałem się podnieść, ale kłucie w tylnej części głowy skutecznie mi to uniemożliwiało. Dlaczego jest tak ciemno? Gdzie jestem, że nie dociera tu nawet najmniejszy promyk. Nic nie widzę…

- Nie ruszaj się, nie powinieneś – głos tuż przy uchu spowodował, że drgnąłem.

To on… Na pewno on, nie mogło być mowy o pomyłce. Zbyt długo i często słyszałem jego głos, bym mógł zapomnieć. Tylko jakim sposobem potrafił mnie odnaleźć w tej strasznej ciemności, skoro ja nie widzę niczego nawet na wprost twarzy? Dlaczego nie zapali światła? Dlaczego tu jest? Może tylko majaczę? Nie… Powoli, jak przez mgłę zaczęły do mnie wracać wspomnienia. On i ja, nasza walka. Znów staliśmy naprzeciwko siebie, zdeterminowani i gotowi użyć przeciwko sobie śmiercionośnych ciosów, aby tylko osiągnąć cel: ja – dopełnienie zemsty, on – zatrzymanie mnie. Wydoroślał od czasu, kiedy widziałem go po raz ostatni, ale poza tym chyba niewiele się zmienił. Jego zacięty wyraz twarzy, oczy mówiące „nie poddam się”… Przegrałem? Nie, to niemożliwe. Ja, Uchiha Sasuke, nie mógłbym przegrać z kimś takim jak on. Słabym, niedoskonałym, rozwrzeszczanym kretynem. Nigdy nie dorastał mi nawet do pięt. Nie… Tylko dlaczego nie zapala światła? Chciałbym spojrzeć mu w twarz, mógłbym wtedy pokazać, choćby samym wzrokiem, jak bardzo nim gardzę. Jego słabością i głupotą. Bo był głupi. Nie potrafił dać mi spokoju, musiał się uczepić tych swoich idiotycznych myśli o więziach. Dlaczego nie chciał zauważyć, że te więzi już dawno zerwałem, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Głupi… Tak bardzo nim gardzę, nienawidzę za to, że próbuje mi uniemożliwić osiągnięcie celu. Musze zniszczyć Konohę tak, jak ona zniszczyła mnie, całe moje życie. Ktoś taki jak on nie stanie mi na drodze. Po co trzyma mnie w tej straszliwej ciemności? Gdzie jestem i dlaczego nie pozwala mi na siebie spojrzeć? Boi się… Boi się mojego wzroku, pełnego nienawiści…

- Tchórz - wycedziłem przez zaciśnięte zęby; mimo że głos był cichy i zachrypnięty, w tym słowie pobrzmiewała cała moja pogarda dla jego osoby. Okazał się tchórzem, skoro nie jest w stanie nawet popatrzeć mi w oczy. - Zapal światło.

- Jest zapalone – odpowiedział dopiero po chwili, jakby z wahaniem.

Dlaczego więc jest tak ciemno? Musiał zawiązać mi opaskę na oczach, czuję ucisk wokół skroni. Jest aż tak perfidny, że ogląda z triumfem na twarzy moją porażkę, nie chcąc jednocześnie widzieć, jak z niego kpię? Więc jest jeszcze większym tchórzem niż myślałem. Boi się… Mojego spojrzenia, swojej słabości…

- Zdejmij opaskę – dwa słowa, tylko niech to zrobi i odejdzie.

Nie zareagował. Próbowałem podnieść rękę i sam zerwać to, co zasłania mi widok, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Byłem w stanie jedynie poruszać palcami i w gniewie gnieść szorstki materiał koca.

- Sasuke… - chyba chciał coś powiedzieć, ale urwał.

Zignorowałem ten niepewny, cichy i jakby drżący głos. Nie obchodziło mnie to w tym momencie. Nie obchodziło mnie w ogóle.

- Zdejmij! – tym razem niemal krzyknąłem, czując, jak narasta we mnie wściekłość.

Nic nie odpowiedział. Czułem jego obecność obok, ale nie docierał do mnie najcichszy odgłos. Milczał. Dlaczego milczał? Czy nie powinien teraz prawić tych swoich kazań o więziach, przyjaźniach i innych, mało istotnych dla mnie sprawach? Przecież on zawsze więcej mówił niż myślał, dlatego zawsze był taki słaby. Niemożliwe, że z nim przegrałem, coś musiało się stać…

- Sasuke…

Zacisnąłem tylko zęby. Nie miałem najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Po chwili usłyszałem kroki i poczułem jak łóżko ugina się pod jego ciężarem. Chwycił moją rękę. Chciałem się wyrwać, ktoś taki jak on nie miał prawa mnie dotykać, ale nic nie mogłem zrobić, mięśnie mnie nie słuchały. Byłem w tym momencie jak marionetka, z którą mógł zrobić, co tylko chciał.

- Puść.

Nie posłuchał. Nadal ściskał moje palce, a ja jedyne co mogłem zrobić, to wbijać mu paznokcie w dłoń. Nie pisnął nawet z bólu, choć wyraźnie drżał. Po chwili podniósł trzymaną rękę i przesunął nią po mojej głowę. Uścisk zelżał, poruszyłem wolno palcami. Skroń była owinięta jakimś grubym bandażem, który sięgał za linię brwi. Tylko za linię brwi..! Zamarłem. Dlaczego wyczuwam dotykiem moje powieki, rzęsy? Dlaczego moje oczy, mimo że są otwarte, widzą tylko ciemność..?

- Sasuke, ty…

- Zamilcz – wydusiłem spanikowany. To na pewno nie to, co myślę, to na pewno nie to. To jakaś sztuczka, jakaś jego nowa technika. Na pewno… Tak, przecież to nie może być… Niech on się nie odzywa, niech nie mówi tego, czego tak bardzo boję się usłyszeć!

- Sasuke… Straciłeś wzrok.

Nie, nie, na pewno nie. Chce mnie przerazić, zmniejszyć moją czujność. Na pewno… To niemożliwe, to się nie mogło zdarzyć. Przecież nie nadużywałem oczu, tak jak Itachi, to niemożliwe, żebym… To słowo nie chciało mi przejść nawet przez myśli.

- Sasuke…

Niech on się zamknie. Chciałem to wykrzyczeć, ale nie mogłem, jakaś twarda kula utkwiła mi w gardle. Wzrok… Straciłem wzrok… Nie, to niemożliwe, on kłamie. Niemożliwe, nie mogłem go stracić, jeszcze nie teraz… Ach, obłudne myśli… Nie chciałem go stracić nigdy. Oczy były, są i będą mi potrzebne, bez nich stanę się nikim. Moja zemsta. Muszę dopełnić zemsty!

- Nie - tylko tyle zdołałem w tym momencie wykrztusić z siebie.

Wstał i oddalił się od mojego łóżka, by po chwili wrócić ze szklanką wody, która usiłował przytknąć mi do ust.

- Nie - ruchem głowy, na tyle gwałtownym, na ile pozwalał mi mój stan, odtrąciłem od siebie naczynie, rozlewając płyn na pościel.

Znów straszny ból rozrywał mi czaszkę. Chciał zabrać moją rękę z twarzy, ale trzymałem mocno. Moje oczy… To jakaś technika, zaraz ta przerażająca ciemność zniknie. Na pewno…

- Wyjdź – wydyszałem ciężko.

- Sasuke…

- Wynoś się.

Poczułem jak podnosi się z łóżka. Stał obok, chyba zastanawiając się, co robić, po chwili jednak usłyszałem kroki. Oddalał się… Odgłos zamykanych drzwi. Wreszcie… Mój gniew, mój żal… Gorące łzy, jedna po drugiej, spływały po mojej twarzy. Oślepłem… Czy to słowo w końcu przeszło przez myśl? To zbyt przerażające, to zbyt okrutne, to nie mogło się zdarzyć… Nie… Nie…

Te godziny spędzone w ciemności były jednymi z najgorszych chwil w moim życiu. Na myśli o utracie wzroku nałożyły się jeszcze wspomnienia z przeszłości, aż w końcu chyba musiałem zasnąć, bo gdy ponownie odzyskałem świadomość tego, gdzie jestem, on był obok. Trzymał moją rękę, czułem jakieś dziwne ciepło. Wyszarpnąłem ją, moje mięśnie odzyskiwały powoli sprawność.

- Proszę cię, Sasuke - jego głos nie wyrażał zdenerwowania, raczej jakiś smutek. Lituje się nade mną. Niech stąd wyjdzie, nie chcę go widzieć nigdy więcej. Widzieć… O, ironio, tym razem moje życzenie zostanie spełnione. Nie spojrzę już na niego, nie spojrzę na nic.

- Odejdź – starałem się powiedzieć to najbardziej pogardliwym tonem, na jaki było mnie stać, ale suchość w przełyku to uniemożliwiała. Tak bardzo chciało mi się pić.

- Nie odejdę – ten jego stanowczy ton… Po chwili poczułem jak moich ust ponownie dotyka zimne szkło naczynia. Tym razem nawet nie miałem siły by odtrącić. Orzeźwiająca woda spływała do gardła, każdy łyk przynosił ulgę. Przynajmniej będę mógł mówić, będę mógł wykrzyczeć, co myślę - Lepiej?

Lepiej? Jak można zadawać tak idiotyczne pytania, trzeba być nim. Nie jest lepiej, nie będzie, bo straciłem wszystko. Moje oczy były dla mnie wszystkim, bez nich będę tylko żałosną namiastką człowieka. Bez nich nie dokonam zemsty!

- Moja zemsta… - nie wiem, dlaczego wypowiedziałem te słowa na głos.

- Zemsta? Przecież zabiłeś już brata. Czy nie do tego dążyłeś?

- Mój brat… On był do tego zmuszony, przez władze Konohy - wysyczałem, przypominając sobie moment śmierci Itachiego. Zrobili krzywdę jemu, zrobili krzywdę mi. - Chcę zniszczyć wioskę, tak jak ona zniszczyła moje życie.

- Sasuke, ty nic nie wiesz… - jego głos wyraźnie zadrżał. – Nawet, gdybyś chciał, jest już za późno. Konoha została zniszczona, zanim do niej dotarłeś. Gdy leżałeś tu nieprzytomny, trwała wojna domowa. Tsunade była w śpiączce, Danzou został szóstym Hokage. Wydał na ciebie wyrok, ukryliśmy cię najlepiej, jak mogliśmy –zamilkł na chwilę.

- To nie zmienia faktu, że chcę ich śmierci.

- Kogo śmierci chcesz? Małych dzieci i ich matek? Czy może shinobi, których jedyną winą jest wierna służba i poświęcenie? Sasuke, ktokolwiek mógł rozkazać coś twojemu bratu, już nie żyje. Nie mieliśmy wyboru, oni chcieli wprowadzić takie zasady, jakich nie można było akceptować. Musieliśmy walczyć…

O czym on mówi, jak to zniszczona? Jak to nie żyją? To ja miałem pomścić żałosną egzystencję moją i Itachiego!

- Sasuke, nie masz się już na kim mścić.

Nie mam się na kim mścić… Czyli to koniec? Koniec Itachiego, koniec wioski i koniec mnie. Nie mam już celu, zresztą nawet gdybym go miał, to jak mógłbym cokolwiek zrobić, będąc ślepym?

- Dlaczego..? – czy to mój głos tak zabrzmiał? Czy to byłem ja?

- Sasuke, nie myśl już o zemście.

- Dlaczego do cholery zostało mi odebrane wszystko? – po raz pierwszy zdołałem wykrzyczeć swoje myśli. – Dlaczego nie widzę?!

- To się stało, kiedy użyłeś przeciwko mnie Mangekyō Sharingana. Sam tego nie rozumiem, ale Kakashi powiedział, że to najprawdopodobniej przez moce, które przekazał mi twój brat…

- Itachi? Dlaczego, Itachi dał... - nie docierało do mnie, jak mógł zrobić coś takiego.

- Nie prosiłem go to. Wydaje mi się, że zależało mu na tym, żebym cię odnalazł i zmusił do powrotu.

Zmusić do powrotu… Jakie to wszystko wydawało się groteskowe. Moje życie jest zniszczone. Czy Itachi wiedział, co się stanie, kiedy zaatakuję Naruto? Nawet, jeżeli nie, to jednak po coś dał mu te moce. Chciał go przede mną uchronić? Dlaczego? Mój umysł tego nie pojmował. Jestem ślepy… Dlaczego mojemu bratu miałoby zależeć na tym, żeby ten idiota przeżył. Co takiego wiedział, czego ja nie wiem. Przecież Uzumaki nie był mu do niczego potrzebny, jaki miał w tym cel? Skoro zależało mu na mnie, dlaczego nie pomógł raczej usunąć go z mojego życia. Przecież głupek zawsze był mi zawadą, przeszkodą w osiągnięciu celu, skupiał uwagę na niepotrzebnych emocjach. Przez niego omal kiedyś nie zapomniałem o zemście. Dlaczego Itachi chciał, żeby on żył i dalej wtrącał się w moje sprawy? Nie mogłem tego zrozumieć. Moje życie… Poczułem jak powieki mi się kleją, chyba musiał dosypać do tej wody jakiś środek nasenny. Dlaczego mój brat..? Naruto tylko przeszkadza… Budzi niepotrzebne… Emocje…

8 czerwca 2009

Rywale - rozdział 12


Naruto po raz pierwszy w życiu nie mógł się doczekać powrotu na uczelnię. Coś go tam ciągnęło jak nigdy wcześniej, coś, co było nawet bardziej ekscytujące od mających się wkrótce rozpocząć treningów, coś, a raczej ktoś… Sam nie był w stanie pojąć, jak w tak krótkim czasie mógł przyzwyczaić się do obecności tego czarnowłosego, wrednego drania, który, gdy chciał, potrafił być jednak inny. Coraz częściej przechodziły go przyjemne dreszcze na wspomnienie tamtego pocałunku, dotyku. Dlaczego on tak na niego działał? Wcześniej zrzucał winę na chorobę, jednak gorączka dawno ustąpiła, a przyjemne uczucie okolicach brzucha – nie. Czekał więc na te zajęcia, tym bardziej, że odkąd Sasuke natknął się przypadkiem na Kibę i Shikamaru w mieszkaniu, przestał go odwiedzać. Najwyraźniej uznał, że Naruto nie potrzebuje już jego pomocy. Tak przynajmniej wmawiał sobie sam zainteresowany, chociaż dobrze wiedział, że nie do końca o to chodzi.
Sasuke w ogóle jakoś dziwnie reagował, kiedy wspominał swoich przyjaciół. Zżymał się wtedy i udawał zainteresowanie jakimś mało istotnym przedmiotem w pokoju. Naruto nie miał pojęcia, dlaczego się tak zachowuje, ale starał się w jego obecności nie mówić o nich. Tamtego dnia Kiba zadzwonił do niego, zapowiadając wizytę, więc poprosił go o kupienie kilku rzeczy. Wiedział, że ma przyjść Sasuke i wcześniej zapytać jego, ale nie miał numeru telefonu, z czego zdał sobie sprawę dopiero, kiedy wziął do ręki komórkę. To dziwne, ale przez te kilka dni tak przywykł do jego obecności, że czasami zupełnie zapominał, iż jeszcze nie tak dawno go nienawidził. Teraz te uczucia zmieniły się, choć Naruto nie chciał nawet myśleć o tym do jakiego stopnia. Bo kim był dla niego Sasuke? Przyjacielem? Nie… Przyjaźń to trochę bardziej skomplikowana zależność i raczej nie zalicza się do niej kilkudniowej, na nowo zawartej znajomości, zwłaszcza takiej, która zaczyna się namiętnym pocałunkiem pod wpływem alkoholu. Poza tym na dotyk ręki przyjaciela nie reaguje się rumieńcem, jego oddech nie powinien powodować przyjemnych dreszczy, a myśli o nim – łaskotania w brzuchu. Takie rzeczy odczuwa się, kiedy jest się… Nie! Naruto odrzucił od siebie tę myśl, wybuchając śmiechem i próbując tym samym zagłuszyć cichy głosik w swojej głowie informujący natarczywie, że coś podobnego czuł podczas spotkań  z Sakurą.  
Tamtego dnia Sasuke zastał Naruto, gdy ten przekomarzał się wesoło z przyjaciółmi. Obok łóżka stały nie rozpakowane jeszcze torby z rzeczami, o które wcześniej prosił. Uchiha, z ponurym wyrazem twarzy, poinformował tylko o planowanych treningach, w których miał mu pomagać, po czym opuścił mieszkanie, nie zaszczycając go już ani jednym spojrzeniem. Był cholernie zły, co nie uszło uwadze Kiby.
- Współczuję ci, trenować z kimś takim jak on – stwierdził, kiwając głową. – W ogóle, ciekawe skąd wie, gdzie mieszkasz.
- Wtedy, gdy złamał mi rękę, odwiózł mnie do domu – wyjaśnił Naruto, w którym na widok Sasuke wszystko aż podskoczyło. Dlaczego aż tak się zirytował? Przecież to normalne, że odwiedzali go przyjaciele. Zwłaszcza, gdy był chory.
- I co, może jeszcze oczekiwał wdzięczności? – prychnął Kiba. Nie lubił tego egoistycznego dupka i nigdy się z tym nie krył. Zresztą, ta „sympatia” działała najwyraźniej w obie strony.
- Dziwne, że przyszedł z tym tutaj, mógł ci powiedzieć w poniedziałek na uczelni? – wtrącił Shikamaru, obserwując uważnie leżącego w łóżku kumpla.
- Może Kakashi mu kazał – Naruto wzruszył ramionami, odwracając głowę. Czuł, że jego twarz płonie. Oczywiście, że wiedział, dlaczego Sasuke przyjechał. Od kilku dni między nimi działo się coś, czego nie potrafiłby wytłumaczyć przyjaciołom. Ba, on nawet nie był w stanie wytłumaczyć tego samemu sobie. Dlatego właśnie ukrywał przed nimi fakt, że jego rywal bywał tu codziennie od czasu imprezy. Nie miał pojęcia, jakby zareagowali, nie wspominał jeszcze o wyjaśnionej historii z Sakurą. Zresztą, nawet gdyby wszystko opowiedział, to czy byłoby to przekonujące wyjaśnienie? Sam fakt, że jego niedawny wróg numer jeden zajmował się nim podczas choroby, był co najmniej dziwny, wolał więc póki co przemilczeć tę kwestię.
- A właśnie. – Kiba nachylił się w jego stronę ze złośliwym uśmieszkiem. – Wiem, co się stało na imprezie – zachichotał złośliwie.
- Co się stało na imprezie? – Naruto momentalnie pobladł. Pierwsze, co przyszło mu na myśl, to on i Sasuke całujący się w pokoju. Nie, niemożliwe… Możliwe… Byli pijani, to przecież akademik, pełno ludzi! Jeżeli ktoś wszedł, mogli nie zauważyć, byli tak zajęci sobą.
- Ktoś się z kimś, no wiesz… Ten tego. - Kiba wymownie szturchnął go łokciem.
- No coś ty… To nie… – Naruto był coraz bardziej przerażony, co wyraźnie odbijało się na jego twarzy.
- Co z tobą? – Przyjaciel odsunął się, patrząc na niego dziwnie. – Ta choroba odebrała ci kompletni poczucie humoru? Myślałem, że podokuczamy trochę Shikamaru, a ty się zachowujesz jak kołek.
Shikamaru?  Naruto spojrzał na chłopaka w kitce, który, mimo znudzonej miny, prezentował lekkie rumieńce i nagle zrozumiał. No oczywiście, przecież cały czas dogryzali mu z powodu Temari. Czyli o nich chodzi Kibie. Z niemałą ulgą uśmiechnął się szeroko, ukazując wszystkie zęby.
- No to gratuluję! –Uścisnął przyjacielowi dłoń. – Kiedy ślub?
Kiba zarechotał, zadowolony z faktu, że Naruto podjął jednak grę.
- Bardzo śmieszne. – Shikamaru zdzielił obu po głowach. - Jesteście okropnie upierdliwi – westchnął.
- To kara za to, że nie powiedziałeś od razu – stwierdził Kiba.
- Mam uwierzyć, że gdybym powiedział, to ty łaskawie przemilczałbyś ten temat?
-  Wiesz, w sumie masz rację. To ponad moje siły. – Kiba udał wielce zmartwionego tym faktem, czym przyprawił Naruto o atak niekontrolowanego śmiechu.
- Jesteście straszni.
- A ty nudny. Wszyscy zakochani tak mają?
- Nie wiem, spytaj wszystkich. Zresztą, tobie też by się przydało, może przestał byś tyle kłapać dziobem.
- O nie! Ja nie dam się omamić jak ty! – Kiba uznał, że najlepsza obroną będzie atak.
- A kto ostatnio obejmował szczebelek, płacząc, że nikt go nie kocha? – odgryzł się Shikamaru..
- Oj, nie czepiaj się! – Kiba spłonął czerwienią na wspomnienie tego incydentu. – Ja po prostu lubię wszystkie dziewczyny, nie potrzebuję jakiejś na stałe – próbował odzyskać rezon. – Ty też, prawda Naruto?
Blondyn, który cały czas śmiał się w poduszkę, momentalnie przestał. Spojrzał przed siebie, odruchowo przytakując. To pytanie wytrąciło go z równowagi. Fakt, podobały mu się dziewczyny, ale w tym momencie jego myśli zaprzątał ktoś inny. I ten ktoś nie był dziewczyną… Roześmiał się z jakiegoś żartu, choć wcale nie było mu wesoło. Jeżeli reaguje tak dziwnie na Sasuke, to znaczy, że woli chłopaków? Nigdy nie miał tego typu fascynacji, co więcej, myśl, że miałby pocałować innego faceta, ewidentnie mu nie pasowała. Spojrzał kątem oka na Kibę. Samo wyobrażenie jego zamiast Sasuke w sytuacji z imprezy spowodowało wybuch śmiechu. Skrzywił się zabawnie. Zdecydowanie nie leciał na facetów. Więc dlaczego z Sasuke tak mu się podobało? Dlaczego ten drań tak go pociągał? Nie, naprawdę nie powinien o tym myśleć. Całą siłą woli skupił się na rozmowie z przyjaciółmi, obiecując sobie, że dopiero następnego dnia wszystko przeanalizuje.

Sasuke był zły na Naruto. Chciał, żeby ten tylko na nim mógł polegać, bo stanowiło to dobry pretekst do odwiedzin. A teraz? Czy ci jego kumple wszędzie muszą wetknąć nos? – myślał zirytowany, zupełnie nie zwracając uwagi na fakt, że w końcu oni byli jego przyjaciółmi i to normalne, że chcieli pomóc. Tylko dlaczego ten idiota prosił o to właśnie ich? Dlaczego nie jego? Zdenerwowany zrzucił z biurka swoje notatki, zakłócając tym samym pedantyczny porządek panujący w pokoju. Jego silne postanowienie, że poczeka, aż Naruto sam się zorientuje, powoli zaczynało słabnąć A co, jeżeli on nigdy się nie domyśli? A co, jeżeli w ogóle o tym zapomni? To było bardzo możliwe, biorąc pod uwagę jego obecne zachowanie. Sasuke aż syknął ze złości. Nie mógł wiedzieć, że chłopak domyśla się powoli, co takiego zaczyna się między nimi dziać, tylko usiłuje zepchnąć tę myśl w najdalszy zakątek umysłu. Nie mógł tego wiedzieć i nie mógł również przypuszczać, że Naruto coraz częściej miewa sny, w których wsuwa ręce między czarne kosmyki, zatapiając się w pocałunku, bardzo przypominającym ten sprzed tygodnia. Bijąc się z myślami, zabrał ubrania na zmianę i poszedł pod prysznic. Po chwili ciepła woda spływała po jego idealnie wyrzeźbionym ciele. Wziął z półki szampon i wmasowywał we włosy, tworząc pianę. Przyjemne… Ciekawe jak przyjemnie byłoby, gdyby to robiły ręce kogoś innego. Sasuke wbrew woli wyobraził sobie Naruto, który opuszkami palców przesuwa po jego skroniach. On odwdzięcza się tym samym, bawiąc się blond kosmykami, uważając, żeby piana nie wpadła do tych przeraźliwie błękitnych oczu. Obraz Naruto nie znikał, a w swoich myślach on sam był coraz odważniejszy. Chciał go dotykać, gładzić… Ciepła woda spływała po jego ciele, drażniąc najbardziej wrażliwe zakątki i Sasuke czuł, że zaczyna reagować na własne wyobrażenia. Czyli jednak okazał się gejem? Nie był pewien, żaden inny chłopak go nie interesował. W ogóle nikt inny go nie interesował. Tylko on, tylko Naruto… Głośnie pukanie do drzwi łazienki, sprawiło, że wrócił do rzeczywistości.
- Sasuke, ja wychodzę. – To Itachi informował brata o tak nieistotnej w tym momencie sprawie.
Oparł czoło o kafelki. Obraz powoli stawał się na powrót widokiem kabiny prysznicowej. Dosyć! Odkręcił zimną wodę, czując, jak wstrząsają nim dreszcze.

Naruto zbiegł po schodach, omal nie przewracając po drodze jednego z mieszkańców bloku. Był poniedziałek rano, niedługo musiał wyjść na zajęcia, a przypomniał sobie, że nie ma mleka do kawy. Nie było mowy o początku dnia bez tego napoju, zresztą sklep osiedlowy był bardzo blisko. Wracając, natknął się na sąsiadkę, która taszczyła jakieś siatki.
- Dzień dobry, Naruto – uśmiechnęła się na jego widok. – Już całkiem zdrowy?
- Jasne. To dzięki rosołowi! – Odwzajemnił uśmiech, biorąc z rąk kobiety torby. Zawsze pomagał jej w ten sposób, to było jedyne, co mógł zrobić w podziękowaniu za troskę.
- Dlaczego wszyscy nie mogą być tacy jak ty? – westchnęła wyraźnie zmartwiona, czochrając jego blond czuprynę.
- Coś się stało? – spytał, pomijając milczeniem komplement.
- Wczoraj widziałam wnuczkę z jakimś chłopakiem. Jak on wygląda! Nieporządnie ubrany, a te jego włosy! – Pokręciła głową zrezygnowana.
- Co z nimi nie tak?
- Jakieś takie dziwne i długie, na pewno należy do jakiejś subkultury.
- Nie można oceniać książki po okładce – stwierdził filozoficznie, mając na uwadze ostatnie wydarzenia z jego życia.
- Ale mimo wszystko… Wolałabym, żeby się z nim nie spotykała. Jest tylu miłych chłopców – spojrzała na niego.
Naruto roześmiał się. Wiedział, że sąsiadka próbuje go zeswatać ze swoja wnuczką, i że najchętniej widziałaby go w rodzinie. Na jego szczęście dziewczyna chyba była zajęta i nie będzie musiał szukać wykrętów. Swoją drogą, ciekawe jaka ona była, nigdy jej tu nie widział.
-  A ty, Naruto, masz kogoś? – zapytała z ciekawością.
- Nie – odpowiedział szczerze, już po chwili tego żałując, bo mina sąsiadki wyrażała jakąś dziwną nadzieję.
- To dobrze – uśmiechnęła się.
- Dobrze mi tak, jak jest – stwierdził, stawiając jej torby przed drzwiami. Mimowolnie pomyślał o Sasuke. – To ja już pójdę, spieszę się na zajęcia – pożegnał kobietę i uciekł do swojego mieszkania.

Dni dzielące Naruto od treningów minęły bardzo szybko. Codziennie na uczelni wypatrywał czarnej czupryny i zawsze znajdował ją parę rzędów niżej. Często łapał się na tym, że całe zajęcia gapił się na Sasuke, analizując wszystko, co się wydarzyło. Brakowało mu  go – przyznawał się do tego sam przed sobą. Nie miał pojęcia, dlaczego tak się do niego przyzwyczaił, bo to nie było normalne i zdawał sobie z tego sprawę.
Sasuke z kolei miał ochotę podejść i zaciągnąć gdzieś tego blond młotka, ale ciągle wokół niego kręcili się ci jego kumple, jak ich w myślach nazywał. Doszedł do wniosku, że trzeba chyba w bardziej dosadny sposób uświadomić mu, jak się mają rzeczy, tym razem już bez udziału procentów we krwi, ale okazja jakoś się nie nadarzała. Nie przejmował się zbytnio, bo wiedział, że będzie miał na to dużo czasu podczas treningów, jednak niecierpliwość dawała o sobie znać. Mimo że starał się wyglądać jak zawsze – chłodny, opanowany, obojętny, to gdzieś w środku wszystko aż kipiało.
- Sasuke… - Sakura Haruno podeszła niepewnym krokiem.
- Tak? – Czarne oczy błysnęły groźnie, jak zawsze, gdy ją widział.
- Pani Tsunade wzywa cię do siebie.
Skinął głową na potwierdzenie, że zrozumiał. Sakura odeszła, a on podniósł się z miejsca. Rzucając jeszcze przelotne spojrzenie w stronę Naruto, który wiercił się niespokojnie na swoim miejscu, wyszedł z auli. Zajęcia jeszcze się nie rozpoczęły, ale nie było w tym nic dziwnego,gdyż Kakashi, który je prowadził, zawsze się spóźniał. Po chwili, którą zajęło mu dotarcie na pierwsze piętro, zapukał do drzwi gabinetu dyrektorki i po ostrym „proszę” wszedł do środka.
- Siadaj. – Tsunade, nie bawiąc się w żadne wstępy, wskazała mu fotel.
Sasuke zauważył, że oprócz niej w pomieszczeniu stoi jeszcze opierając się o ścianę ich trener. Tym razem przynajmniej jego powód spóźnienia byłby wiarygodny – pomyślał.
- Uchiha, wiesz po co zostałeś wezwany? – Tsunade oparła brodę na dłoniach.
- Domyślam się. – Chłopak usiadł naprzeciwko niej.
- Od jutra Uzumaki zaczyna treningi, a ty jesteś współodpowiedzialny za to, żeby wrócił do formy.
Sasuke tylko skinął głową.
- Przeanalizowaliśmy z  trenerem Kakashim nagrania z waszych ostatnich zawodów. Patrz uważnie – wstała i włączyła monitor. Po chwili na ekranie wyświetlił się błękitny prostokąt basenu, kilku zawodników stało już na słupkach startowych. Rozległ się strzał i wskoczyli do wody. Kamera śledziła wszystkich, jednak Sasuke nie mógł oderwać wzroku od postaci w pomarańczowym czepku. Wiedział, że to Naruto. Płynął drugi, nie dając się wyprzedzić osobie na sąsiednim torze. Sasuke, obserwując ruchy jego ramion, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że chłopak jest idealny.
- Widziałeś? – Kakashi nagle zatrzymał pilotem obraz.
- Co widziałem? – Sasuke nie bardzo wiedział, o co chodzi, był zbyt pochłonięty widokiem, który go fascynował.
- Uchiha! Co z tobą! – Tsunade uderzyła dłonią w biurko. - Skup się na Uzumakim, a nie błądzisz gdzieś myślami!
Przecież właśnie to robię – przemknęło mu przez myśl, jednak nie wypowiedział tych słów na głos. Wiedział, co miała na myśli, nie był idiotą. Musiał skupić się na stylu pływania, a nie ciele Naruto. Gdyby to było takie proste…
- Jeszcze raz! – Kakashi przewinął nagranie.
Tym razem Sasuke uważnie śledził każdy ruch. Naruto płynął poprawnie, ruchy jego rąk i nóg były odpowiednie. Zawodnicy dopływali do końca basenu, zwrot i kolejna odległość. Naruto stracił drugą pozycję, na rzecz innego zawodnika. Sasuke już wiedział, co jest nie tak i kiedy ich trener ponownie zatrzymał obraz, spojrzał na niego.
- Odbicia – stwierdził, pewny swojej tezy.
- Zgadza się. – Mężczyzna pokiwał głową. – Za słabo się odbijał, to był jego błąd podczas ostatniego sezonu. Oprócz tego wszystko gra.
- Poza tym, jeszcze nie wiemy w jakiej formie jest teraz. Jutro będzie czas, żeby to sprawdzić. – Tsunade wstała z fotela, przechodząc w miejsce obok okna. – Kakashi ma na głowie całą waszą drużynę, nie może zajmować się jednym zawodnikiem i jego formą. Uchiha, jak już mówiłam, to twoje zadanie. Poradzisz sobie?
- Oczywiście – stwierdził Sasuke lekko oburzonym tonem. Był najlepszym zawodnikiem i nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby sobie z czymś nie poradzić.
- Nie zawiedź nas – dodała kobieta, a jej zwykle zachmurzoną twarz rozjaśnił uśmiech.